Różnica między psychoterapią a duchowością.
Justyna Pobiedzińska rozmawia z Alexandrem Poraj-Żakiejem.

Co to jest psychoterapia?
To dynamika, dzięki której możemy uświadomić sobie pewne struktury i być może coś z nimi zrobić, zmienić je. Istnieje wiele szkół i linii terapeutycznych; różnią się od siebie, ciągle powstają nowe. Terapia pomaga zmniejszyć lub nawet zlikwidować zachowania destrukcyjne. Dzięki terapii może nastąpić zmiana jakości życia.

Rozumiem, że terapia jest pracą z ego?
Tak, terapia pracuje cały czas z tożsamością. Na terapię zgłaszają się ludzie, którzy uważają, że ich tożsamość nie jest taka, jakby chcieli, żeby była. Albo, że zagraża innym. Większość pacjentów chce od terapeuty pomocy w tej tożsamości, a nie podważenia jej.

Czym w takim razie jest duchowość?
Duchowość jest obecnością. Duchowość i obecność są tym samym. Duchowości nie da się wyartykułować, ponieważ każdy z nas jest w jakimś stopniu mniej lub bardziej obecny. Nie ma na świecie nikogo, kto byłby nieobecny. I – pomijając różne spekulacje – myślę, że nie ma na świecie nikogo, kto byłby na sto procent cały czas obecny.
Duchowość nie jest ani czymś, ani robieniem czegoś. Powiedziałbym, że to silniejsza świadomość tego, co jest, silniejsza obecność. Ale nie jest to środek do uzyskania czegoś więcej. Albo jesteś mniej, albo więcej.
Trudno to wytłumaczyć.

Jeszcze trudniej zrozumieć. W takim razie, porządkując – psychoterapia jest dążeniem do czegoś, w przeciwieństwie do duchowości, która jest świadomym byciem?
Tak, psychoterapia ma cele, bo klient przychodzi do terapeuty z określonym problemem. Jeżeli go nie ma, nie idzie do terapeuty, bo po co? Ale zdarza się, że i na treningi zen – które służą duchowości – przychodzą ludzie z określoną nadzieją, z jakimś określonym celem. Liczą, że treningi coś zmienią, że uda się dzięki nim coś osiągnąć. Niestety. Siedząc i czekając na oświecenie wychodzę z założenia, że tego nie mam. Ale kiedyś to będę miał, jeżeli zrobię różne rzeczy poprawnie. To jest problem dydaktyki w duchowości, ponieważ musimy tę projekcję na przyszłość, tę instrumentalizację usunąć. Jest ona podstawowym procesem związania się z tożsamością.
To jest właśnie ćwiczenie duchowe – żeby się tego związku pozbyć. Zamiast tego przywiązania do samych siebie mamy być obecni. Nie – że coś miało być, co mamy osiągnąć, tylko po prostu – ćwiczę obecność. Samą w sobie, dla siebie samej. To jest droga, a nie urzeczywistnienie czegoś.
Im bardziej jesteś obecna, tym zmniejsza się siła przerzutu z impulsu na jego realizację, po której obiecujesz sobie, że będzie lepiej.

Czyli – w terapii jest cel, w duchowości –nie?
Jeśli przyjdzie do mnie ktoś z fobią i powie, że chce się jej pozbyć, polecę mu terapię, a nie trening zen. W zen pracujemy ze świadomością, która być może zlikwiduje lub zmniejszy fobie, ale być może wcale nie dojdzie do ćwiczenia obecności, bo fobia może okazać się tak silna, że osoba nie będzie mogła wykonać ćwiczenia, tak bardzo będzie się bała. Dlatego bywa niebezpieczne oferować medytację jako najlepsze rozwiązanie komuś, kto ma problemy psychiczne.

Ludziom w medytacji powracają zaburzenia czy lęki – nawet te, które wydawały się być w przeszłości przezwyciężone. Dlaczego?
W medytacji pojawia się wiele rzeczy, ponieważ nasza pamięć jest o wiele szersza, niż tylko mentalna; pewne rzeczy pozostaną nam być może do końca życia. Z mojego doświadczenia wynika, że pewnych impulsów strachu, opuszczenia czy smutku możemy nie zniwelować do zera. Uważam, że nie jest nawet konieczne uporczywe pracowanie nad tymi uczuciami. Jeśli na przykład bardzo się czegoś boję, w psychoterapii mogę dojść, jaka jest tego przyczyna, co się wydarzyło, o co tam chodziło? Muszę jednak pamiętać, że nie zmienię przeszłości, faktów, tego, co już się wydarzyło. Jeśli w moim dzieciństwie miała miejsce jakaś dramatyczna sytuacja, to ja się zorganizowałem w jakiś sposób. Później wszystko, co mi tę sytuację przypomina, uruchamia określoną reakcję. Dzieje się tak dlatego, że jednym z głównych zadań „ja”, czy raczej procesu nazwanego „ja”, czyli naszej tożsamości, jest uchronienie mnie przed powrotem do sytuacji, które były niebezpieczne. Robię to poprzez nieustanne porównywanie tego, co jest, z tym, co było. Najnowsze teorie naukowe mówią, że nasze postrzeganie rzeczywistości polega na robieniu w bardzo krótkich odstępach czasowych czegoś, co można nazwać zdjęciami. Nasze postrzeganie nie jest więc płynne. W myślach oglądamy te zdjęcia i porównujemy je ze sobą.

Duchowość pozwala odetchnąć od tego ciągłego porównywania?
Tak. I zrozumieć, że jakość rzeczywistości jest trochę inna niż sugestie naszej tożsamości. Przestajemy się identyfikować w pozornym ruchem, który rozgrywa się ciągle dookoła. To ciekawy moment, bo ćwiczenie duchowe jest w pewnym sensie ćwiczeniem nienaturalnym. Działasz wbrew neurofizjologii, wbrew bardzo rozwiniętemu sposobowi postrzegania i porównywania rzeczywistości. To jest sedno duchowości. Duchowość polega na tym, żeby przestać oceniać. I wcale nie chodzi mi o to, żeby kogoś nie oceniać, bo to nieładnie mówić, że ktoś jest głupi. Chodzi o to, że funkcja oceniania jest funkcją podstawową dla stworzenia iluzji tożsamości.

Czyli można powiedzieć, że medytacja jest próbą oszukania biologii mózgu?
Tak. Ograniczenie rzeczywistości do tego, co myliliśmy, że jest mną – czyli tożsamości, dało nam w trakcie ewolucji przewagę nad wszystkimi innymi gatunkami. Choć przecież wiele z nich jest większych, szybszych, ma większe zęby. Ja staram się, żeby mi było dobrze. Robimy to w sposób o wiele bardziej rozwinięty, niż to robi pies. Taki sposób samoorganizacji daje nam wielką siłę przebicia i przeżycia w pewnym, powiedzmy, ogromnym konglomeracie komórkowym. Ale w tej chwili dochodzimy na przykład do punktu, że zaczynamy po raz pierwszy od dziesięcioleci zdawać sobie sprawę, że płacimy za to wysoką cenę.

Jaką?
Nasz sposób przeżycia i przebicia produkuje i powoduje całą serię zniszczeń. Używamy wielu rzeczy żeby robić to, co robimy. Jest nas na świecie sporo i jeżeli dalej będziemy bawić się tak, jak się bawimy, sami dla siebie możemy stać się zagrożeniem. Używamy świata za bardzo i za szybko i zaczynamy sobie szkodzić. Wiemy na przykład, ze jest niemożliwe, by cała ludzkość żyła tak, jak my w Europie. Po prostu nie ma na to surowców. Już w tej chwili trwa zaciekła walka bogatszych krajów o dostęp do surowców. A co będzie dalej? Kult tożsamości stał się celem samym w sobie. Każdy z nas jest narcyzem, bo osobowość jest narcystyczna.

Narcyz ma stracić wszystko, co ma, czyli siebie samego? Może byłoby to za dużo na dzień dobry?
I nawet na do widzenia byłoby za dużo. Wszyscy chcemy, żeby nam było lepiej w tym, co jest, nie chcemy ryzykować całej naszej organizacji. Ryzyko ćwiczenia duchowego podważa proces tworzenia tożsamości – obojętnie jakiej. Większość osób podchodzi do ćwiczeń duchowych jak do ćwiczeń tożsamości. Mówią: a ja praktykuję zen, to o wiele lepsze niż chodzenie do kościoła. Znowu jestem w tożsamości, bo jestem lepszy, praktykując zen.

A tu wcale nie chodzi o lepiej-gorzej?
Nie, chodzi o ten punkt wejścia, o którym mówiłem wcześniej: o brak oceny. Jest to jeden z trudniejszych momentów, ponieważ dzięki ocenianiu my żyjemy jako tożsamość. Możliwość porównania, osądzenia i podjęcia decyzji daje nam poczucie życia. I ten mechanizm w trakcie ćwiczenia na poduszce, w tej półgodzinie medytacji, jest najtrudniej powstrzymać.

Tożsamość i świadomość nie są jednym i tym samym.
Tożsamość nie polega na tym, że ja mam myśli, tylko że się z nimi identyfikuję. One są moje, to jestem ja – oto jest problem, bo przecież nie chodzi o to, że te myśli są. Widać to było na mistrzostwach Europy w piłce nożnej – okazało się, że jest większa tożsamość, niż tylko tożsamość osobowa – tożsamość kolektywna. Możesz mieć wspólne myśli i uczucia z ludźmi, z którymi się na co dzień nie identyfikujesz: my, Polacy przeciwko im, Rosjanom czy im, Czechom. My-wy : jest porównanie i osądzenie. Ta walka organizuje i stabilizuje poczucie odrębności.

A jeśli te same myśli pojawią się w świadomości, człowiek się z nimi nie identyfikuje?
Tak. Ty czy ja możemy pograć w piłkę, ale nie będziemy z tego robili żadnej filozofii czy podziałów na lepszych i gorszych. To zresztą bardzo ciekawy przykład: z wielu sportów, które są dla zabawy i przyjemności, zrobiło się współzawodnictwo i o wiele więcej, niż współzawodnictwo. Zbudowano na nich tożsamość. I znów oceniamy. Nie ćwiczymy się w świadomości, ale w czyimś kulcie, w kulcie jakichś idei. To tak, jakbyśmy pływali w morzu jako ryby i wszyscy szukalibyśmy morza. Nagle jedna rybka ogłasza: ja wam pokażę, jak dojść do morza. Może to jest fajne, ale przecież i tak wszyscy przez cały czas jesteśmy w morzu. W 99% nasze życie to walka w tożsamości, a nie świadomości.

Duchowość to świadomość bycia w morzu, a psychoterapia wskazówką, jak się w nim poruszać?
Można tak powiedzieć. Morze to metafora absolutnej jedności wszystkiego. Jestem jednocześnie i kroplą, i morzem. Jestem kroplą, gdy jestem w tożsamości, morzem – gdy w świadomości. Większość naszych problemów psychicznych polega na tym, że z różnych względów utrzymujemy tożsamość za wszelką cenę. Mówiąc inaczej: wydajemy mnóstwo pieniędzy na zbrojenie, do którego sami wymyślamy zagrożenie. Musimy mieć to zagrożenie, żeby usprawiedliwić nasze zbrojenie czy też nieumiejętność rozbrojenia się. Zrozumieć siebie znaczy zapomnieć siebie. Inwestujemy strasznie pieniądze i siły w to, żeby podtrzymać tożsamość. Kiedy pomyślimy o tym w kontekście faktu, że za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat już nas nie będzie, wysiłek wydaje się być nieprawdopodobnie nieproporcjonalny. Tożsamość robi wszystko, by pokazać innym tożsamościom, że jest lepsza i odrębna.

Z tej perspektywy takie działanie rzeczywiście wydaje się dość głupie.
Głupie i śmieszne. Jak jesteś w pełni, czyli w świadomości, masz wybór: możesz, ale nie musisz.

Świadomość daje wolność?
Tak, i dzięki świadomości wszystko staje się łatwiejsze. Kiedy z czegoś rezygnujesz, robisz to świadomie i nie musisz się o to obwiniać. W młodości wszystko wydaje się nam być możliwe, potem często dostajemy od życia w dziób i zaczynamy się sypać. Sięgamy po jakieś systemy religijne, hobby czy używki. Kiedy zaczynamy medytować, nic nam to nie daje, bo nic się nie dzieje. To wbrew tożsamości. I o to właśnie chodzi.