Decyzja o przystąpieniu do programu – Pamiętnik pacjentki. Cz. 3.

Jak to się zaczęło z tobą? Jak trafiłaś do programu psychoonkologicznego?

Nasz Doktor mówi: terapia zaczęła się w momencie wykręcania numeru telefonu do lekarza. To prawda. To w chwili wykręcenia telefonu do psychologa podjęłam decyzję, że nie mogę już tak dłużej. Po latach problemów rodzinnych i pracowych stanęłam przed murem. Po kolejnej operacji nie chciałam żyć, byłam zbyt zmęczona. Moje życie stało się koszmarem. Koszmar w pracy, koszmar w rodzinie, koszmarne sny. Byłem u kresu wyczerpania.

Zadzwoniłam do Centrum Kryzysowego. Płakałam i chaotycznie opowiadałam o gównianym życiu. Rozpoczęłam stałe wizyty u psychologa. Chyba zbyt późno. Problemy trwały już od kilku lat. Po około roku terapii okazało się, że mam guz na jajniku. Operację miałam 8 marca, na Dzień Kobiet. Efekt Dnia Kobiet – usunięcie jajnika. Powód: naciekanie sąsiednich narządów. Diagnoza – potworniak.


Potworniak? Co to jest ?

To taki „obcy” ze zlepkiem różnych tkanek budujących ciało człowieka. Mogą być w nich włosy, skóra, tkanka chrzęstna, kostna, mięśniowa, nerwowa. W tej bezładnej masie zdarzają się nawet zdeformowane zęby*. Nie jest złośliwy. Ale jest nowotworem. Usunęli mi potworniaka, ale nie usunęli problemów. Nie chciało mi się żyć. Nie chciało mi się wyzdrowieć. Psychiatra zadecydował – musi pani brać leki antydepresyjne. Powiedział też: Damy pani także trochę odpocząć od życia. Pojedzie pani na turnus do Centrum Terapii Nerwic. I tak trafiłam do Mosznej.


Na terapię psychoonkologiczną?

Nie. Początkowo byłam w grupie z problemami nerwicowymi. Musiałam odpocząć. Odpoczęłam. Od pracy, od rodziny. Łaziłam po parku i dziękowałam za ten czas.

Ale wśród nas byli także ludzie, którzy mówili, że chodzą na terapię psychoonkologiczną. Wiedziałam, że byli po operacjach nowotworowych. Pewnego dnia porozmawiałam dłużej z jedną z nich.

– Miałaś raka? – spytała? – To zapisz się do nas! Spróbuj dostać się do naszej grupy. Napisz do doktora Piwowarczyka, bo teraz go nie ma, złamał nogę. Kwalifikujesz się – zachęcała. – Co tam robimy, na naszej terapii? Gadamy, ale fajnie jest.
Tak powiedziała mi Ela. I zasiała myśl o podjęciu terapii psychoonkologicznej.


Dzwoniłaś? Pisałaś?

Nie. Myśl zaświtała: może kwalifikuję się, ale nie mam żadnego raka z przerzutami… Zaniechałam szukania „wejścia” na terapię psychoonko. Za rok znów w ostrym stanie depresyjnym wylądowałam w CTN. Mnie czekała kolejna operacja ginekologiczna, moja mama miała zdiagnozowanego raka woreczka żółciowego, problemy pracowe i rodzinne trwały nadal. Życie nie odpuszczało. Zostałam przyjęta do grupy psychoonkologicznej.


Kiedy po raz pierwszy pojechałaś na terapię psychoonko?

W listopadzie 2015 roku wylądowałam ponownie w CTN i po wywiadzie wstępnym zostałam przyjęta do grupy psychoonkologicznej. Grupa pracowała już od dwóch tygodni. Było w niej 13 osób. Już się poznali, zaczęły się sesje grupowe. Z powodu wyjazdu jednej z nich znalazło się dla mnie dla miejsce.


Przyjęli cię? Przecież mówiłaś, że to grupa zamknięta.

Tak widocznie miało być. Jedna osoba wyjechała. Nie chciała nadal uczestniczyć w terapii.


Dlaczego?

Podobno źle znosiła rozstanie z domem. To był dla niej pierwszy tak długi pobyt poza rodziną po chorobie.



A inni uczestnicy grupy? Zaakceptowali cię?


No, nie było tak prosto. Ja weszłam w specyficznych warunkach, po dwóch tygodniach, grupa już się znała, może niezbyt dobrze, ale… Nie czułam wrogości. Pamiętam, jak zaczęli mnie życzliwie zaczepiać na korytarzu: będziesz z nami?



Dlaczego grupa jest stała? Nie zmienia się na przestrzeni czasu?


Nie. Taka jest idea. Wiesz, tworzymy taką „rodzinę”, system. Jesteśmy – po tylu ważnych rozmowach – bardzo „pootwierani”, bliscy sobie. Chociaż to nie znaczy, że wszyscy bardzo się kochamy.


Tak?

A w rodzinie kochasz tak samo wszystkich jej członków?


A jednak wtedy cię bez oporów przyjęli…

Jedna z nich, z kobiet w grupie, w drodze do sali, gdzie mamy codzienne „sesje”, wręczyła mi moją książeczkę zabiegów i powiedziała: Jest już tu twoja karta. Jest nas trzynaścioro – jestem Henia, chrzczona pod Łańcutem, tam gdzie diabeł mówi dobranoc. I ta mała starsza pani… pocałowała mnie w policzek. Poczułam się bezpiecznie.


W grupie są same kobiety?

Nie, w naszej jest jeden mężczyzna. W innych – kilku.


I on wytrzymuje to babskie gadanie?

Pod koniec pierwszego pobytu powiedział, że tyle się dowiedział o kobietach…. Że to mu pomoże w jego rodzinie. Chyba daje radę☺ Nie wyciągamy aż tak ginekologii na forum, nie jest tak drastycznie.


Ale opowiadacie o swoich chorobach?

Każdy z nas ma swoją historię onkologiczną, większość kobiet z grupy jest po amputacji piersi. Wtedy, w 2015 roku jedna z nich była świeżutko, pół roku, po operacji, tuż po zakończeniu chemioterapii. Łysiutka, ale w peruce, szczuplutka, zgaszona. Inne były 5-9 lat po zabiegach.


Siedem lat po zabiegu i wciąż w terapii?

Wiesz, rak zostaje – w głowie, w ciele.


No tak.

Nikt już po nim nie jest taki sam. Zresztą tak jak po każdej innej chorobie, ale słowo rak, samo słowo, ma jakąś straszną, ostateczną moc.


* http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/nowotwory/POTWORNIAKI-NOWOTWORY-ktore-sa-zlepkiem-roznych-tkanek_38729.html

Autor: Tamara Chorążyczewska
By | 2018-08-22T19:00:09+00:00 Sierpień 22nd, 2018|Categories: Aktualności, Książki, Wywiady, artykuły|

About the Author: