Porzucenie złudzeń dotyczących ludzi, zwłaszcza naszych bliskich, i świata (pracy, rodzicielstwa), to trudny moment spotkania z tym, co jest, co nie zależy od naszych pomysłów, wyobrażeń czy nabożnych życzeń.

Zrozumiałe wydaje się więc, że staramy się uniknąć momentu zmierzenia się z tym, jak jest naprawdę. Nierzadko płacimy wysoką cenę za uciekanie przed poznaniem prawdy. Mrużymy oczy, żeby nie zobaczyć całego obrazu wraz z jego tłem, a nie tylko tego, co gotowi jesteśmy przyjąć. Wyobrażamy sobie, że „Mój mąż się zmieni, kiedy tylko…”, „Moja dziewczyna pójdzie po rozum do głowy”, „On w końcu się nauczy, co to odpowiedzialność”. Fantazjujemy, że jeśli pełni dobrych intencji ujawnimy apodyktycznemu, nieliczącemu się z nikim szefowi, że jego podwładni stosują wobec nas mobbing, on nagle zobaczy, jak wygląda sytuacja w zarządzanej przez niego firmie, i ją uzdrowi. Nastąpi przemiana, zwrot akcji, jak w filmie. Przecież tak powinno być, prawda? A jak będzie w rzeczywistości? Najpewniej srogo się rozczarujemy, dowiedziawszy się, jak dawny pracodawca obśmiewa naszą „nadwrażliwość” i przywiązanie do jakichś „żałosnych” zasad. A sytuacja w firmie ani drgnie.

Wciąż toczymy kamień pod górę – podejmujemy próbę za próbą, wywieramy na innych presję; usilnie staramy się wpasować ich w schemat naszych planów i oczekiwań, nie dostrzegając jałowości podejmowanych wysiłków. W tych próżnych działaniach zasilani jesteśmy opowieściami wyniesionymi z domu, zapamiętanymi z filmów i książek – ich główny sens sprowadza się do czekania na moment, kiedy ktoś coś nagle zrozumie i zmieni się w kogoś… kim przecież nie jest. I będzie w końcu wspaniale – zgodnie, pogodnie i szczęśliwie.

Temu ciągnącemu się zazwyczaj latami czekaniu towarzyszą kłótnie (usilne próby wytłumaczenia drugiej osobie, czemu postępuje nie tak, jak należy) albo bierne znoszenie opresyjnej sytuacji (agresywny szef, natrętna teściowa, lekceważący zięć itd.). Czy jesteśmy skazani na niekończącą się walkę, która generuje konflikty, ogromną niechęć i stres? Nie, nie jesteśmy.

Jeśli zechcemy zgłębić temat poziomów świadomości w ujęciu przedstawionym przez Jolantę Toporowicz w książce pt. „MapaJaⓇ. Jakość życia w świetle poziomów świadomości ego” i zmierzyć się z tym, jak rozumieją rzeczywistość (i jak jej doświadczają) otaczający na ludzie, mamy szansę wyjść poza dawny sposób reagowania. Zrozumienie, a przede wszystkim poczucie tego, na czym polegają zasadnicze różnice w spojrzeniu na takie pojęcia, jak: miłość, rodzicielstwo, odpowiedzialność, praca itd., daje szansę na zakończenie walki, poczucie wewnętrznego spokoju. I ulgi.

Kiedy zrozumiemy, że bliska nam osoba funkcjonuje na przykład w przestrzeni rozmycia, staniemy przed dylematem. Jeśli bowiem zobaczymy wreszcie, jak jest, i będziemy chcieli zachować się wobec siebie uczciwie, przyjdzie nam dokonać niełatwego wyboru. Albo przyjmiemy daną osobę z jej potencjałem i ograniczymy relację do tego, co jest realnie możliwe, porzucając wszelkie próby zmieniania partnera (w związku czy pracy), albo… pójdziemy w swoją stronę bez pretensji i żalu. Jeśli rozumiemy, że nasz mąż, szef czy przyjaciółka nie chce (lub z jakiegoś powodu nie może) podjąć próby przekroczenia poziomu świadomości, a my czujemy, że dalsze życie czy praca z nią/nim jest dla nas niemożliwa (lub towarzyszą jej opisane próby zmieniania lub terapeutyzowania), warto rozważyć zakończenie relacji.

Wystarczy, by zamiast znów wtaczać kamień pod górę, usiąść na chwilę u jej szczytu i zdać sobie sprawę z absurdalności naszych nieustannych prób. Oparci o głaz możemy śmiało wyrazić wszelkie emocje i uczucia, które powstaną w nas na skutek tego, co do nas dotarło, co mogło nas zaszokować, oburzyć, zasmucić. A potem wstaniemy i świadomi tego, co jest, a nie być powinno, pójdziemy dalej. Spokojni i wolni od chęci zmieniania tego, co od nas nie zależy.

Anna Ślubowska

Pin It on Pinterest

Share This